Opiekunka bardzo mocno przeżyła utratę ojca. Cud ,że się jakoś poskładała do kupy. Jest zima i nie będzie mnie dłużej w domu. Uczeń mojej żony poprosił ją o dodatkowe lekcje , więc potrzebujemy więcej pomocy - na szczęście mamy Susan ! 30 stycznia 1901 r - umiera ich syn. Nie stwierdzono kto jest sprawcą - wiadomo tylko , że było włamanie do domu i ktoś go zabił poprzez wstrzyknięcie spirytusu nierafinowanego do obiegu krwionośnego dziecka. W tym celu użyto strzykawki doktora. Jednak to nie mógł być on ,ponieważ wówczas on i jego żona byli w pracy. Podejrzenia padły na Susan. - miała świetny motyw - zemsta z powodu nieuratowania ojca to doskonały pretekst. Śledczy popytali jej sąsiadów ,czy ostatnio robiła coś dziwnego - pewna sąsiadka zeznała ,że widziała ,jak wnosi jakąś paczkę do domu , inny jeszcze zeznał ,że poszła do faceta ,który był już karany za drobne przestępstwa. W końcu udowodniono jej winę - pewnego razu doktor zostawił w domu torbę i poszła mu ją przynieść , uprzednio zabierając jedną ze strzykawek. Później kupiła na czarnym rynku spirytus i nóż do cięci szkła. Alkohol posłużył za truciznę , natomiast nożykiem upozorowała włamanie , poprzez wycięcie w oknie dziury , łudząco podobnej do normalnie wybitej. Nie pomyślała tylko o dwóch rzeczach - o ciekawości sąsiadów oraz o zdobyciu na własną rękę strzykawki. Poza tym plan obmyśliła doskonale - ona jest tylko opiekunką , ma bardzo dobre opinie. Chłopiec nic nie mówił , więc nikt nie mógł usłyszeć jego krzyku. Mogła go otruć kiedy dziewczynki spały. Plan godny Sherlock'a Holms'a . Kobieta trafiła do więzienia na dożywocie.
Utratę dziecka rodzina przeżyła w sposób godny osoby odznaczonej Krzyżem Wiktorii - nie robiła tego w sposób widowiskowy , by tylko pokazać ,jakim to jest się ubolałym po stracie drugiej osoby ,a w duszy liczyć na pocieszenie i rozgłos - oni cierpieli dla niego. Tym samym darzyli jeszcze większą miłością ich ocalałe córki. One same przyjęły postawę jakby postu. Postanowiły nie sprawiać problemu swoim rodzicom i grzecznie się uczyć. Pomimo tak młodego wieku zachowywały się bardzo dojrzale.
Natura obdarzyła je fascynującą urodą. Obie były podobne ,ale mimo to - w pewnym stopniu różne. Włosy Julii były barwy ciemnej ,mlecznej czekolady , dodatkowo miały tendencje do kręcenia się. Oczy odziedziczyła po matce - duże i złote , a także cieplejszą karnację. Maria była ,w przeciwieństwie do siostry, bledsza, z włosami czarnymi jak noc i prostymi jak druty. Patrzyła na świat poprzez szare , a zarazem inteligentne oczy. Gdy stały obok siebie ,wyglądały jak córki dnia i nocy.
Obie łączyły w sposób idealny piękno i inteligencję. Córka słońca kochała nad wszystko dwie rzeczy - taniec i muzykę , którym to oddawały się w każdej wolnej chwili. W szkole najbardziej lubiła historię i muzykę , mimo , że nie zawsze miała z nich świetne oceny. Siostra północy wdała się w matkę - pasjonowały ją malarstwo , rysowanie oraz robótki ręczne. Ich wspólnym upodobaniem były kwiaty - te dwie znały o wiele więcej roślin ozdobnych niż wszystkie dziewczynki w ich wieku razem wzięte. Jednak i tutaj miały podziały między ulubionymi kwiatami - Julcia preferowała tulipany i słoneczniki twierdząc , że rozjaśniają ogród i przyciągają uwagę przechodniów. Maria stawiała na elegancję - według niej róże oraz hortensje były o wiele lepsze od kwiatów swojej siostry - "Dom jest miejscem ,gdzie człowiek powinien wypoczywać. A najlepszy wypoczynek przynoszą widoki łagodne i subtelne - a więc hortensje i róże." - tak kiedyś powiedziała. Lubiły ze sobą w tej dziedzinie rywalizować. Kiedyś nawet założyły się , że wyhodują niebieską różę.
niedziela, 11 maja 2014
sobota, 10 maja 2014
Rozdział 3 [5/x] Sloth'owie
Muszę się stąd wydostać. Okno. Któreś nie może być zamarznięte - inaczej bym się udusiła. Nie idę do tego pokoju z "niespodzianką". Weszłam do pokoju obok.
Sypialnia była czysta. Ściany pomalowano na jasno-karmelowy odcień ,podłogę wyłożono białym drewnem. Od strony okien stało łóżko z nienagannie białą pościelą w pąki jeszcze nie rozwiniętych kwiatów. Na komodach stały eleganckie , złocone lampy z frędzelkami u końca klosza. Po lewej i po prawej były drzwi - z czego jedne to na pewno łazienka. Drugie to może gabinet ? Poza nimi ,w pomieszczeniu stała komoda , a na niej dwie czarne i jedna błękitna róża oraz trzy krwistoczerwone, zapalone świeczki. Nad nimi, na przyległej ścianie, wsiało lustro. I to był cały pokój. Okna były oczywiście zamarznięte. Postanowiłam przejść do jednego z pokoi. Wybrałam te po prawej.
Faktycznie, to był gabinet - mały, bo mały, ale jest. Pokój był mały i urządzony w tym samym stylu co sypialnia . Znajdowały się tutaj biurko z otwartą książką, sztaluga z zakończonym obrazem oraz torba z krzyżem medycznym.
Najpierw spojrzałam na księgę , która okazała się pamiętnikiem pana domu - John'a Sloth. Na pierwszej stronie dowiedziałam się ,że był on lekarzem . Mieszkał on w Londynie wraz z żoną Angelą. Wychwala przede wszystkim jej upór w samodzielności - o to, że stara się sama zarabiać jako guwernantka języka francuskiego i matematyki. Mniej więcej w połowie swoich zapisków , czyli 26 lutego 1897 r , wspomina o cudownej wiadomości - zostaje ojcem trojaczków - syna Sylwestra oraz dwóch córek - Julii oraz Marii. Jednak szybko odkrywa wrodzoną wadę Sylwka - jest niemy. Mimo to ,rodzice go kochają. 28 października 1898 r zaczynają się problemy finansowe ,a zarobki ojca już nie wystarczają. Do akcji wkracza matka ,która reperuje dziurę w budżecie rodziny. Jednak ktoś musi pilnować dzieci ,a rodzice małżeństwa mieszkają w Walii. 11 grudnia tego samego roku zatrudniają opiekunkę do dziecka - Susan Vettande. Określa ją jako bardzo miła kobietę ,która zna się odrobinie na medycynie i gotowaniu - słowem opiekunka idealna. Ma dystans do siebie i innych , bardzo lubi dzieci , a one ją. 24 grudnia - ojciec Susan umiera z powodu gruźlicy ,a lekarzem był pan Sloth.
Sypialnia była czysta. Ściany pomalowano na jasno-karmelowy odcień ,podłogę wyłożono białym drewnem. Od strony okien stało łóżko z nienagannie białą pościelą w pąki jeszcze nie rozwiniętych kwiatów. Na komodach stały eleganckie , złocone lampy z frędzelkami u końca klosza. Po lewej i po prawej były drzwi - z czego jedne to na pewno łazienka. Drugie to może gabinet ? Poza nimi ,w pomieszczeniu stała komoda , a na niej dwie czarne i jedna błękitna róża oraz trzy krwistoczerwone, zapalone świeczki. Nad nimi, na przyległej ścianie, wsiało lustro. I to był cały pokój. Okna były oczywiście zamarznięte. Postanowiłam przejść do jednego z pokoi. Wybrałam te po prawej.
Faktycznie, to był gabinet - mały, bo mały, ale jest. Pokój był mały i urządzony w tym samym stylu co sypialnia . Znajdowały się tutaj biurko z otwartą książką, sztaluga z zakończonym obrazem oraz torba z krzyżem medycznym.
Najpierw spojrzałam na księgę , która okazała się pamiętnikiem pana domu - John'a Sloth. Na pierwszej stronie dowiedziałam się ,że był on lekarzem . Mieszkał on w Londynie wraz z żoną Angelą. Wychwala przede wszystkim jej upór w samodzielności - o to, że stara się sama zarabiać jako guwernantka języka francuskiego i matematyki. Mniej więcej w połowie swoich zapisków , czyli 26 lutego 1897 r , wspomina o cudownej wiadomości - zostaje ojcem trojaczków - syna Sylwestra oraz dwóch córek - Julii oraz Marii. Jednak szybko odkrywa wrodzoną wadę Sylwka - jest niemy. Mimo to ,rodzice go kochają. 28 października 1898 r zaczynają się problemy finansowe ,a zarobki ojca już nie wystarczają. Do akcji wkracza matka ,która reperuje dziurę w budżecie rodziny. Jednak ktoś musi pilnować dzieci ,a rodzice małżeństwa mieszkają w Walii. 11 grudnia tego samego roku zatrudniają opiekunkę do dziecka - Susan Vettande. Określa ją jako bardzo miła kobietę ,która zna się odrobinie na medycynie i gotowaniu - słowem opiekunka idealna. Ma dystans do siebie i innych , bardzo lubi dzieci , a one ją. 24 grudnia - ojciec Susan umiera z powodu gruźlicy ,a lekarzem był pan Sloth.
piątek, 9 maja 2014
Rozdział 3 [4/x] Potrzebuję APAP'u ... i czegoś jeszcze
Leżałam w tym samym łóżku ,jednak przytulanka ,z którą zasnęłam , zniknęła. Byłam przykryta szarym kocem. Odkrywam się i nagle czuję uporczywy chłód. Co się dzieje ? Niech mi nikt nie mówi ,że ta torba tutaj weszła ., jak mogła tutaj wejść ? Dom jest zamarznięty. Teleportacja ? Nie ,to nie są filmy Sci-Fi. Podeszłam do domku dla lalek ,by przypatrzeć się , o dziwo ,znajdującym się tam żołnierzykach ,które w najlepszym czasie, jak gdyby nigdy nic ,ucięły sobie krótką przerwę od służby wojskowej. A obok nich ... strzykawka. Brrr . I była dodatkowo pełna CZEGOŚ , nawet nie chcę wiedzieć czego.
Samoistnie zamknęły mi się powieki oczu. Jak przez mgłę ,mam wizję ... człowiek w upiornej masce klauna , ze strzykawką , nad łóżkiem dla niemowląt.. Drugą ręką klaun łapie dziecko za ramię ,by dać mu zastrzyk ... o Matko ... niech ktoś mu pomoże , teraz !
Właśnie otworzyłam powieki i wizja ustąpiła. Na szczęście . Czułam ,jakby mi ktoś wbijał igłę w oko ... dlaczego tam było cicho ? Wszystko co dotąd widziałam , miało "oprawę dźwiękową" ,ale tu tak nie było ... a dziecko powinno ryczeć. Ruszało się ,więc żyło.
Mój wzrok padł na ślady farb na ścianie. Po bliższym przyjrzeniu się zobaczyłam ,że to były odciśnięte ślady rąk dziecka. Zaczyna mnie boleć głowa . Widzę trójkę dzieci : dwie dziewczynki i chłopca. W tym samym wieku , więc chyba trojaczki ... aach ,ból zwiększa na sile ... potem zostały dziewczynki ,później jest jedna ,następnie widzę inną ,ciemnoskórą . Em ,tak to ta z barankiem. Jest noc i ktoś kopie dołek , a obok niego leżą trzy ciała ... cholera ,ten dom to jakiś psychiatryk ,a ja się do niego nadaję.Koniec.
Sceny się skończyły. Muszę z tego pokoju wyjść. TERAZ. Otwieram drzwi ,wychodzę na korytarz ,a na jego końcu ta kobieta ... och , to już za dużo. Jest przy drzwiach , otwiera je i gestem wskazuje ,bym do tego pokoju nie wchodziła ,sama jednak znika za drzwiami. Jeszcze chwila i to ona otrzyma tytuł normalnej w tym lodowym piekle ,bo robi się tutaj coraz zimniej.
Samoistnie zamknęły mi się powieki oczu. Jak przez mgłę ,mam wizję ... człowiek w upiornej masce klauna , ze strzykawką , nad łóżkiem dla niemowląt.. Drugą ręką klaun łapie dziecko za ramię ,by dać mu zastrzyk ... o Matko ... niech ktoś mu pomoże , teraz !
Właśnie otworzyłam powieki i wizja ustąpiła. Na szczęście . Czułam ,jakby mi ktoś wbijał igłę w oko ... dlaczego tam było cicho ? Wszystko co dotąd widziałam , miało "oprawę dźwiękową" ,ale tu tak nie było ... a dziecko powinno ryczeć. Ruszało się ,więc żyło.
Mój wzrok padł na ślady farb na ścianie. Po bliższym przyjrzeniu się zobaczyłam ,że to były odciśnięte ślady rąk dziecka. Zaczyna mnie boleć głowa . Widzę trójkę dzieci : dwie dziewczynki i chłopca. W tym samym wieku , więc chyba trojaczki ... aach ,ból zwiększa na sile ... potem zostały dziewczynki ,później jest jedna ,następnie widzę inną ,ciemnoskórą . Em ,tak to ta z barankiem. Jest noc i ktoś kopie dołek , a obok niego leżą trzy ciała ... cholera ,ten dom to jakiś psychiatryk ,a ja się do niego nadaję.Koniec.
Sceny się skończyły. Muszę z tego pokoju wyjść. TERAZ. Otwieram drzwi ,wychodzę na korytarz ,a na jego końcu ta kobieta ... och , to już za dużo. Jest przy drzwiach , otwiera je i gestem wskazuje ,bym do tego pokoju nie wchodziła ,sama jednak znika za drzwiami. Jeszcze chwila i to ona otrzyma tytuł normalnej w tym lodowym piekle ,bo robi się tutaj coraz zimniej.
niedziela, 4 maja 2014
Rozdział 3 [3/x] Rodzinna zabawa
Ciepło delikatnie muskające moją skórę. Zapach herbaty i kwiatów. Muzyka. I wspomnienia.
Ocknęłam się w ogrodzie , siedząc na białym, plastikowym krześle. Na tą myśl przypomniała mi się babcia w ogródku - czy ja jestem aż tak stara ? Było południe , a mnie otaczały stada róż, których liczba , i wielobarwność , była przytłaczająca. Razem tworzyły czerwono-biało-złote obozowisko. Ja sama , wraz z znajdującym się obok mnie stolikiem z filiżankami i dzbankiem do herbaty , byliśmy tuż przy granicy kwiatowego płotu. Poczułam , że coś po mnie chodzi. Gwałtownie się poruszyłam i okazało się ,że to był jeden z licznych białych motyli. Nienawidzę owadów. Kilka metrów ode mnie leżał koc w czerwono-białą kratkę , na nim zaś kosz piknikowy.
Dopiero po chwili zauważyłam dwie rzeczy : po pierwsze , że ten samozwańczy przeze mnie obóz był ogrodem przylegającym do tego nawiedzonego domu , z tą różnicą ,że mieszkanie było zadbane - okna umyte , a dach załatany. Drugim , jeszcze większym odkryciem , był fakt ,że poza tym budynkiem , były inne , podobne do niego ! Na zewnątrz ludzie odpoczywali - jedni grali na instrumentach , inni spali na słońcu , gospodynie domowe opiekowały się ogrodem , dzieci bawiły , sąsiadka obok nawet tańczyła. Po ich ubiorze sądzę ,że to były czasy koło osiemnastego wieku. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie jestem chyba tak stara ,że jestem już martwa , a to ,co tutaj teraz siedzi , to mój duch ?
Akurat teraz wyszli gospodarze nawiedzonego domu - wysoki mąż i żona podobna do mojej matki. Za rękę trzymała ją mała dziewczynka w zwiewnej , jasnej sukience. Malutka trzymała pluszaka-baranka. Cała trójka miała ten sam kolor skóry , co ja.
Rodzina poszła usiąść przy kocu ,ale córka widocznie nie chciała jeść. Wstała od pikniku i zaczęła chodzić po ogrodzie . Znudziło się jej chodzenie , to zaczęła biegać. Musiało jej to sprawiać radość. Zobaczyła motyla - postanowiła go gonić. Pościg trwał aż do momentu ,gdy zapatrzyła się na niego i uderzyła w stół , obok którego siedziałam. Z taką siłą w niego wbiegła ,że aż go przewróciła ,tłukąc zastawę. Na ten dźwięk opiekunowie wstali.
Mężczyzna pośpiesznie zabrał ją do domu , gospodyni natomiast starała się opanować powstały bałagan. Poszłam za nimi aż do kuchni ,a tam panowała atmosfera jak przed burzą - niepokojąca cisza i spokój , mimo tego można tam było wyczuć napięcie."Tatulek" wziął od dziewczynki baranka ,nawet nie patrząc ,czy coś nie stało się dziecku. Zaczęła płakać ,jednak to to go nie obchodziło - jedynie poszedł na górę i prawdopodobnie schował misia. Matka , po ogarnięciu ogródka weszła do kuchni. Zobaczyła płaczącą córkę - powiedziała bez emocji "Uważaj na przyszłość " i dołączyła do męża. Kiedy znikła z pola widzenia , mała wyszeptała "Mamusiu ,tatusiu ,nie zostawiajcie mnie." i upadła na ziemię , cicho szlochając. I w tedy wspomnienie się rozmyło ...
Ocknęłam się w ogrodzie , siedząc na białym, plastikowym krześle. Na tą myśl przypomniała mi się babcia w ogródku - czy ja jestem aż tak stara ? Było południe , a mnie otaczały stada róż, których liczba , i wielobarwność , była przytłaczająca. Razem tworzyły czerwono-biało-złote obozowisko. Ja sama , wraz z znajdującym się obok mnie stolikiem z filiżankami i dzbankiem do herbaty , byliśmy tuż przy granicy kwiatowego płotu. Poczułam , że coś po mnie chodzi. Gwałtownie się poruszyłam i okazało się ,że to był jeden z licznych białych motyli. Nienawidzę owadów. Kilka metrów ode mnie leżał koc w czerwono-białą kratkę , na nim zaś kosz piknikowy.
Dopiero po chwili zauważyłam dwie rzeczy : po pierwsze , że ten samozwańczy przeze mnie obóz był ogrodem przylegającym do tego nawiedzonego domu , z tą różnicą ,że mieszkanie było zadbane - okna umyte , a dach załatany. Drugim , jeszcze większym odkryciem , był fakt ,że poza tym budynkiem , były inne , podobne do niego ! Na zewnątrz ludzie odpoczywali - jedni grali na instrumentach , inni spali na słońcu , gospodynie domowe opiekowały się ogrodem , dzieci bawiły , sąsiadka obok nawet tańczyła. Po ich ubiorze sądzę ,że to były czasy koło osiemnastego wieku. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie jestem chyba tak stara ,że jestem już martwa , a to ,co tutaj teraz siedzi , to mój duch ?
Akurat teraz wyszli gospodarze nawiedzonego domu - wysoki mąż i żona podobna do mojej matki. Za rękę trzymała ją mała dziewczynka w zwiewnej , jasnej sukience. Malutka trzymała pluszaka-baranka. Cała trójka miała ten sam kolor skóry , co ja.
Rodzina poszła usiąść przy kocu ,ale córka widocznie nie chciała jeść. Wstała od pikniku i zaczęła chodzić po ogrodzie . Znudziło się jej chodzenie , to zaczęła biegać. Musiało jej to sprawiać radość. Zobaczyła motyla - postanowiła go gonić. Pościg trwał aż do momentu ,gdy zapatrzyła się na niego i uderzyła w stół , obok którego siedziałam. Z taką siłą w niego wbiegła ,że aż go przewróciła ,tłukąc zastawę. Na ten dźwięk opiekunowie wstali.
Mężczyzna pośpiesznie zabrał ją do domu , gospodyni natomiast starała się opanować powstały bałagan. Poszłam za nimi aż do kuchni ,a tam panowała atmosfera jak przed burzą - niepokojąca cisza i spokój , mimo tego można tam było wyczuć napięcie."Tatulek" wziął od dziewczynki baranka ,nawet nie patrząc ,czy coś nie stało się dziecku. Zaczęła płakać ,jednak to to go nie obchodziło - jedynie poszedł na górę i prawdopodobnie schował misia. Matka , po ogarnięciu ogródka weszła do kuchni. Zobaczyła płaczącą córkę - powiedziała bez emocji "Uważaj na przyszłość " i dołączyła do męża. Kiedy znikła z pola widzenia , mała wyszeptała "Mamusiu ,tatusiu ,nie zostawiajcie mnie." i upadła na ziemię , cicho szlochając. I w tedy wspomnienie się rozmyło ...
Subskrybuj:
Posty (Atom)